wtorek, 17 września 2013

Demonic Reaper - Rozdział 8

Zeszło mi miesiąc.
Rozdział miał być dłuższy.
Ale dłonie jęczały i nie chciały pisać.

Wieść niesie, że gdzieś pośrodku tych straszliwych
mroków stoi smutne dworzyszcze Nocy, otoczone nieprzeniknionymi chmurami.

Demonic Reaper

Rozdział ósmy


Obserwowałem swoje trzy kropki, mrygające do mnie w nadajniku GPS. Plamki intensywnej czerwieni pośpiesznie zmieniały lokalizację, a ja wsłuchiwałem się w błogą ciszę, przerwaną tylko wkurwiającym pikaniem. Z niewielkim zdziwieniem zauważyłem, że przygotowuję się do ataku niczym domowy kot, którego ktoś chce powkurwiać laserem. Najpierw czerwona kropeczka później reszta świata!
Zwolniłem ruchy, wyciszyłem wszystkie myśli i wyostrzyłem zmysły.   
Drapieżnik zbliża się w ciszy. To jest nieuchronne.
 Na czas polowania odseparowałem od siebie emocje, które manipulują rzeczywistością. 
Trudno zabijać w nieprzeniknionej ciemności, ale doświadczenie uczy, to mądrość zdobywana przez lata.
Czujesz swoją drogę poprzez ciemność.
Powoli zachowując ostrożność zmierzałem ku skrzyżowaniu korytarzy. Przeciskające się wąskim przejściem zombie nie mogły mi umknąć. Gdy skończyłem, naszła mnie myśl, że tak spokojne rozstrzeliwanie pod ścianą przypomina czasy gestapo. Dlaczego? Robisz to z dystansu, rozpacz śmierci do ciebie nie dosięga i pozostajesz nietknięty przez wątpliwości  i zagrożenia.
Zmierzyłem wzrokiem ślepy zaułek i podszedłem bliżej, ku stercie trupów pod  ścianą. Po łbach i kościach zbliżałem się do końca, po miękkim dywanie z ludzkiej skóry niczym Anioł Śmierci.
                Przebrnąłem i żyje.
Jestem blisko, coraz bliżej źródła dźwięku ciężkich oddechów. Coś dyszy i słyszę to, wręcz poznaje ten zduszony jęk.
Pochyliłem się uważnie analizując pokaźny, brzydko pachnący stos.
– Elizabeth – bezwładnie upadła na podłogę, gdy wyciągnąłem ją z pokaźnej barykady, którą stworzyła by się ochronić. Tak ładnie leżała, pełna groteska, pomyślałem sarkastycznie. Grajmy i nie wychodźmy ze swoich ról, niech wciąż będzie ładnie, trzeba ukazać całą dramaturgię. Szkoda, że nie ma widowni…
Przyglądałem się niewzruszony. Jej klatka piersiowa miarowo unosiła się i opadała, jednak ocknęła się. Głośno kaszląc spojrzała na mnie załzawionymi oczami. Po cóż mam się wysilać, skoro sobie poradzisz? Odstąpiłem krok w tył, chroniąc obuwie przed ewentualną zemstą ze strony dziewczyny. Jeszcze mi na nie nakaszle.
– Skończyła mi się amunicja – wychrypiała.
Czemu ludzie starają się gadać, gdy brakuje im tchu? Dla pokazania jak bardzo jest się dzielnym? By pokazać swoje zaangażowanie i starania?!   To wszystko nie będzie już ważne gdy się udusisz…
– Więc zabarykadowałam się tam, gdzie mi kazałeś.
Pomogłem jej wstać, ciągnąc za ciemnozielony kaptur. Pewnie leżałaby dalej, gdyby nie moja przytomna interwencja.
– Lepsze to niż twoja ostatnia akcja. Zachowujesz godność, gdy ucieczka jest aktem zespołowym i wiesz, że zostało Ci tylko to. Bądź owszem gdy wiesz, że na pewno uratujesz się zostawiając za sobą tych wszystkich niepotrzebnych debili. A ty uciekłaś  bez sensu a przede wszystkim bez CELU. Zdradzić też trzeba umieć, to większa sztuka niż pokochanie…  Zresztą zdradę podziwia zazwyczaj większe grono i zbiera więcej oklasków… Ostatnio pokazałaś poziom swojej głupoty, rzucając wszystko i uciekając przed siebie. Mało Cię nie dorwali, bo nie przyszło ci do głowy jak się naprawdę się ratować, gdzie zwiać by nikt cię nie skrzywdził. Każda ucieczka ma cel, a ty nie dobiegłaś… Czujesz piętno dawnej ucieczki, ale to dobrze, bo jej przynajmniej nie zapomnisz.
Podałem jej broń, szczerząc się jak idiota i na wszelki wypadek skontrolowałem pozostałe kropki. Przemieszczają się, więc póki co żyją. Byłem zdeterminowany by skończyć tą farsę i wrócić przed obiadem. Byłem głodny.
Zmierzaliśmy w stronę najbardziej chaotycznej kropeczki. Znajdywała się stosunkowo niedaleko, ale i tak borykałem się z problemami by tam dotrzeć, torując drogę dla Elizabeth. 
Mroczna fantazja pisarzy została spełniona. Szkoda, że nie są jej świadkami, byliby wniebowzięci – mamy świat rodem z jakiegoś filmu.
Zmęczyłem się, tak blisko, a tak daleko przez łowców mięsa wypełniających ulice.
– Jest przed nami – wybełkotałem w stronę Elizabeth przez ściśnięte gardło. Lekko się napracowałem, a w gardle mi wyschło.
Odwróciłem się do dziewczyny żeby sprawdzić, czy w razie nieprzewidzianego wypadku była gotowa, gdy nagle za moimi plecami zakotłowało się i w naszą stronę poleciała chmura gruzu z oszałamiającym hukiem. Wybuch? Ostatnimi siłami próbowałem walczyć z otaczającą mnie paranoją. Czuję to w sercu! Duszy! Umyśle! Czuje to jak tracę swój błogi spokój! Jestem zmęczony tym wszystkim.
Smutny przez ten koszmar próbowałem się hamować. Co zrobię?! Po prostu zabiję tego debila i świat stanie się piękniejszy. Następny łomot jaki usłyszy to będzie mój głos wbijający się w pustą przestrzeń jego czaszki!
– Miki! – krzyknąłem rozdrażniony, ściskając w garści odbiornik, jakbym chciał wycisnąć z niego odpowiedź.
-Ręka ci się trzęsie- zdezorientowana Elizabeth podeszła do mnie, ale odtrąciłem ja ręką. Sam mało pobłażliwie powstrzymałem trzęsienie się zaciskając na dłoni druga rękę . Warto się wyżyć, choćby na sobie.
Uspokój się Jack, uspokój się do cholery…
Spojrzałem prosto w zdezorientowane oczy Elizabeth. Była nieco wystraszona, ale czekała. Wstrzymałem oddech.

Z odbiornika dochodziły odgłosy ciamkania i jakieś trzaski. Jeśli już coś zaczęło go jeść, to dziwnie mlaszcze.
– Miki…! – wydarłem się raz jeszcze, czekając na odzew.
– Chodź tu, KURWA! – jednak żyje, ale zaczął skomleć i niekulturalnie się do mnie odzywa. Krew zaszumiała mi w uszach. Co za roztropność pozwalać mu żyć.
Zachowałem swoją  kamienną twarz i pogrążyłem się w zadumie, zastanawiając się, co z nim zrobię. Powinienem zgnieść go Antoniną.
Odbiornik pizgnąłem na ziemię i przydepnąłem butem. Ruszyłem w kierunku pozycji, którą wskazywał mi GPS. Elizabeth została z tyłu z mieszanymi uczuciami przy zgniecionym odbiorniku.
– Jeszcze działa – zawołała.
– Idziemy – warknąłem przez ramię – No już!

Podążyła niepewnie za mną, ostrożnie stawiając stopy, ale nie zostając z tyłu, bym nie mógł się wkurzyć, że się ociąga.

Weszliśmy w chmarę kurzu i jeszcze palących się krzaków. Odniosłem wrażenie, że gdyby nie zdenerwowanie, spodobałby mi się widok popychanych wiatrem popiołów.
Wybuchł z pewnością był bardzo silny. Moje mroczne myśli jednak  zaprzestały drzemki i zastanawiały się co ten gówniarz zmajstrował. Nie podobała mi się ta skala zniszczenia. Mijałem zamyślony podgrzanych zombie, którzy stracili całą surowość. Przypominały teraz gotowane mięso, nadające się do spożycia. Niektórym wciąż dymiły czaszki i zwłoki o ile ich organów nie rozrzuciło po świecie.
W niewielkiej odległości coś zaczęło się gramolić. Odczekałem chwilę by zorientować się, że to moja zguba. Przedarłem się szybko do niego a Elizabeth jak cień pociągnęła za mną. Zawiesiłem broń na ramieniu. O dziwo nie chciało mi się odzywać, że nie wspomnę o jakimś klasycznym ochrzanie.
Miki mocno zaciskał zęby, patrząc na mnie łzawo. Ulga, że nas widzi, nie uwolniła go o bólu, który wyrażał swoim wzrokiem.
– Umieram…! – zaskomlał łamiącym się głosem.            
Udając, że nie usłyszałem, kucnąłem obok niego. Podarte ubranie odsłoniło ramię i wbite w nie odłamki. Porzuciłem na chwilę swoje firmowe zachowanie chama i normalnie spytałem, co się stało.
Chciałem się dowiedzieć, bo mając wspomnienia o podobnych wydarzeniach, byłem nadzwyczajnie niespokojny i spięty.
– Otoczyli mnie – wycharczał zmęczony. – Znalazłem baniak benzyny, rzuciłem granat i poszło.
Przymknąłem oczy. Mogę spać spokojnie. Mózg Mikiego, nie posiadający chyba żadnej fałdy, nie zastanawiał się nad żadnymi konsekwencjami. Nie wiedział, co może do siebie przyciągnąć. Znużona głowa sama już mu leciała ze zmęczenia i bólu.
Utrata przytomności to wcale nie taki zły wybór jego organizmu…
– Zróbcie coś… – mamrotał do klęczącej obok Elizabeth. Coraz bardziej kulił się z bólu, który przeszkadzał mu się wysłowić.
-Sorki nie mam kursu ratownika medycznego –odwróciłem się od niego ściągając broń. Z szybkiego obrotu przyładowałem mu kolbą w twarz przy akompaniamencie zaskoczonych jęków Elizabeth.
–Śpiączka farmakologiczna. Przynajmniej nie będzie cierpiał  – mało wyniośle wzruszyłem ramionami. Zaraz też wkurwiłem się do ostatnich granic, bo mój odbiornik został pozbawiony życia. Odruchowo sprawdziłem lokalizacje Lucy na GPS. Walkie talkie będę musiał sobie kupić, cud, że żyje GPS, bo jest droższy.
Na ekraniku GPSa, Lucy była przy samym jego brzeżku. Zastanawiało mnie a zarazem denerwowało, dlaczego dziewczyna wędruje dalej od pozostałych, jakby specjalnie unikając moich obserwujących oczu.

***
– Obudziłeś się śpiący królewiczu! – wydarłem się Mikiemu do ucha. Cała nasza czwórka spędzała czas w szpitalu. Wszystko jak zwykle wina Mikiego. Koleś robi się nudny i przewidywalny.
– Skontroluj ten swój wyziew, bo aż mi się niedobrze zrobiło.
Odniosłem wrażenie, że to była kontra wyjątkowo niedopracowana, ale kto wie czy mu zmysł węchu nie ucierpiał. Prychnąłem i przestałem zwracać na niego uwagę. Bliżej niego siedziały dziewczyny, lecz też nie bardzo nim zainteresowane.
Lucy była pochłonięta obserwowaniem pielęgniarek,  uwijających się jak w ukropie przy chłopaku. Widocznie taki zawód ją kręcił.
Elizabeth zajęła się pocieszaniem, ale odnosiła skutek wprost przeciwny.
– Nie martw się Miki! Lucy mówiła, że Jack żartował, że jak pójdziesz do wojska to będziesz łysy – paplała z przejętą miną, omijając mnie wzrokiem. Mnie, twórcę tego genialnego planu. Ten idiota miał zdychać z obawy, że go ogolą, bo był na tyle głupi, by w to uwierzyć. Spojrzałem na Lucy oczekując sensownych wyjaśnień.  Nie umknęło mi to, jak bardzo starała się uniknąć mojego wzroku przeczesując dłonią włosy.  Była najstarsza z nich a manipulowanie dziecinną Elizabeth wychodziło jej nadzwyczaj dobrze.
– Czemu jej to powiedziałaś? – spytałem z wyrzutem.
– Ludziom trzeba mówić przyjemne rzeczy – uśmiechnęła się w kierunku pokiereszowanego chłopaka pomijając dla bezpieczeństwa mnie, mimo że to właśnie ze mną prowadziła rozmowę.
– Wszyscy jesteście głupi. Normalnie jakbym nie zrozumiał prześmiewczych tendencji tego debila – popatrzył na mnie, jak zawsze, z pretensją. Po prostu nie umiał patrzeć bez tego wyrazu. – Ja tam prawie wyzionąłem ducha a Ty mnie tak potraktowałeś!
– Musiał zajść błąd w komunikacji przez krótkofalówkę a później ciężko było Cię zrozumieć wśród niezidentyfikowanych jęków. Twoja skala w głosie byłaby odkryciem w świecie dźwięków. Mozart i tacy tam by pozazdrościli – wyjaśniłem beztrosko.
Nie wiem, do czego się odnosił. Do tego, że dałem mu w ryj, czy do tego, że kazałem mu samemu o siebie zadbać. Czy wreszcie z powodu, że teraz leży w błękitnej pidżamie ozdobionej uroczymi kwiatuszkami.
– Nie gniewaj się Miki, ale myślę, że twój nowy pomysł by zostać żołnierzem nie jest dla ciebie odpowiedni.
No i zaczęło się. Moje oczy wykonały widowiskowy piruet ukazując moje znużenie. Lucyfer poruszył niebezpieczny temat, związany z chwiejnym wagonikiem zagubionych myśli Mikiego. Gdy nie masz problemu to sobie go stwórz, , ale wszystko rób ostentacyjnie.
Bądź widowiskowy, szukaj co chwilę okazji do słownej przepychanki. Nie zmieniaj tego, to sposób na życie Mikiego. Niech każdy patrzy na ciebie i ma punkt zaczepienia, bo ty lubisz się zaczepiać, bo inaczej nikt nie zwróci na ciebie uwagi.  Gdy nurt zdarzeń spychał go na pobocze, był w stanie zrobić wszystko, by znów wrócić na scenę. Myśli Mikiego łączyły się i kłębiły ze sobą, a on powoli zaczął zatracać umiejętność ich odróżniania o ich kontroli nie wspominając. Teraz wymyślił, że zostanie żołnierzem. Wybrał zawód, którego ze względu na swoje słabości nie wykonywał jego brat i  przed którym każdy bronił się rękoma i nogami. Przewidując reakcje innych, bo doskonale wiedział, że wszyscy  będą starali się wybić mu ten durny pomysł z głowy a on będzie w centrum, tak jak lubił.
Ja nie sprzeciwiałem się temu, gdyż każdy ma swoje potrzeby. On miał uwagę innych i wieczne pretensje. Ja byłem egoistą i skupiałem się tylko na swoich potrzebach tak jak każdy. Ja skupiłem się na kilku głównych, nie odciągając radości z ich spełnienia, bo coś nie wyszło.
Udało się coś, chwała! Więc nie odbierajmy zadumie radości wkurzeniem na jakiś niewychodzący drobiazg . Odbieramy sobie szczęście sami.
Gdy spełniłem jedną potrzebę i emocje opadły dopiero odnajdywałem czas dla drugiej. Mordowanie zombie, seks, mieć–z–czego–żyć.
Było dobrze, ale bez przesady.
Nadmiar emocji kochała obserwować Lucy, obserwując swoich towarzyszy, dowiadując się o nich coraz więcej. Ku mojemu niezadowoleniu bezczelnie wiedziała wszystko, ale nie wykorzystywała tego. Szczerze mówiąc, byłem tym nico zawiedziony.
Teraz właśnie obserwowała Mikiego, jego skotłowanie i zagubienie. Miki szukał w niej strzępków uwagi o którą tak zabiegał. Kiedy jej nie dostrzegł spytał zszokowany:
– Niby czemu?
Lucy na chwilę zamknęła oczy, swoim wyglądem sugerując, że albo coś wspomina albo się nad czymś zastanawia.
– Bo twojemu CV brakuje krwi.
Ta to ma zmienne nastroje i poglądy. Nie wiem kiedy się do tego przyzwyczaję, stwierdziłem wzruszony cała sytuacją, jakbym chciał to nawet bym załkał. Jaką to miłą odmianę może wnieść jej demoniczność.
Miki był czasem jak liść gnany wiatrem o imieniu Lucy. Kompletnie zdezorientowana mina chłopaka zaczęła mnie bawić
– Dopiero zaczynasz, powinieneś odczekać i podjąć się następnych szkoleń w terenie, ocenić obiektywnie jak ci idzie – dodała po chwili namysłu.
– O nie, nie, nie! Absolutnie zabraniam! Im dłużej on nabiera doświadczenia, moja sytuacja zmienia się z „chujowej” do: bez wyjścia – powiedziałem z głębi serca. Jedyne co cenię w życiu to wygoda i brak stresu, nawet sedes muszę mieć wygodny. Ta trójka była dla mnie niekończącym się pasmem wkurwień. Stawałem przed wyborem: być skurwielem, czy nie być. Ciągłe decyzje. Jak można tak żyć?!
– Ty się nie odzywaj, burak jesteś! – rzucono mi w twarz obelgą.
Gra emocjonalna narwańca ciągnęła się w nieskończoność, trzeba to zakończyć.
– A ty słuchasz brata! – odpowiedziałem mu z zadziwiającą jak dla mnie cierpliwością i spokojem. Bawimy się w przezywanie jak w przedszkolu…
Tym prostym sposobem Miki przygasł, co znacznie poprawiło mi nastrój. Chwilę później Lucy zwiała ze szpitala. Długo tłumaczyła Elizabeth i Mikiemu, że o kogoś się martwi; dobrze wiedziała, że nie potrzebuję wyjaśnień więc nawet nie spojrzała w moją stronę. Miki dostał zwolnienie lekarskie a dzięki temu my urlop. Nie ma mowy, żebym prowadził dla niego osobne treningi, by nadrobił zaległości. Gdy dziewczyna wyszła, Elizabeth opowiedziała nam o jakimś przyjacielu Lucy, do którego na pewno się wybrała. Snucie miłosnych teorii niemal pozbawiło jej śliny w ustach. Miki, jak zawsze niezadowolony, bagatelizował wszystko mówiąc, że to bzdura, bo nawet jeśli chłopak coś czuje do dziewczyny, to Lucy jest zbyt tępa by to zauważyć. Słuchałem ich bez większego zainteresowania, w miarę możliwości odpowiadając na wszystkie uśmiechy pielęgniarek, na tyle by nie okazać strachu przed ich narzędziami tortur w małych, delikatnych łapkach…


***
           Gdy usłyszałem miarowe pukanie do drzwi, brałem prysznic. Zamarłem na chwilę,  nasłuchując. Nierówny takt pukania nagle się urwał.
Ktokolwiek to był, już sobie odpuścił, więc wróciłem do przerwanej czynności.
Szum wody wypełnił mi uszy i niemal dostałem zawału, gdy ni z tego ni z owego do łazienki wparowała Lucy, wyważając drzwi z futryny.
– Byłaś, widzę, bardzo zdeterminowana żeby wejść mi do łazienki – spłukałem z siebie pianę, śledząc jej zakłopotane oczy. Westchnęła.
– Martwiłam się Seth…  W łazienkach nachodzą ludzi ponure myśli. Popełniają samobójstwa i różne głupstwa przychodzą im do głowy a Ty byłeś ostatnio nieco… nieobecny… – zakończyła kulawo, patrząc na sińce i blizny zdobiące moją pierś.
– Teraz jest przynajmniej jeden kolor – wyjąkała, wycofując się do pokoju. Patrząc na moją klatę po prostu się przeraziła.  Widać było, że poczuła silne pchnięcie dreszczu.
Poczułem nienawiść do siebie. Znów jestem dla niej ciężarem. Jednocześnie cała jej uwaga skupiła się na bliznach, nie zwróciła uwagi na dolne, pobudzone partie ciała.
– Faktycznie, koloryt skóry już się wyrównał. Czerwień wyjątkowo źle wygląda w towarzystwie opalenizny.
Specjalnie przesunąłem palcem po największej bliźnie, różowej i błyszczącej. Moje ciało było jak okaleczona, niepokojąca mapa, którą zmuszona była czytać. Nie umknęła mi jej poruszająca się grdyka, gdy przełknęła ślinę.
-Nie udany wypadek przy pracy-usiadłem teraz przy niej na łóżku, teraz to nie przelewki.
Kochanie… tak się o mnie troszczysz, że nie możesz znieść ich widoku? Bolą Cię jak swoje własne? Czujesz, jak się zrastają? Wszak uwielbiasz słuchać o moim bólu. O uczuciach, emocjach, minionych zdarzeniach. I o bliznach. Kochasz to bardziej niż mnie…
Poczułem złość.
Kiedyś wymyśliłem dla niej konsekwentną historię, starając się utrzymać sekret po części też dlatego by sam sobie tego nie przypomnieć. Urywki z tamtych chwil były jakbym grał w jakimś pokręconym horrorze, wciąż nawołując u mnie strach i okropne wspomnienia.
 Nieustannie próbowałem się dowiedzieć czemu lubi tak moje historie, zawsze jednak migała się od odpowiedzi. Swego czasu traktowałem to jako objaw zauroczenia, ale przyczyna pozostała niewyjaśniona.
Zamyślony nagle poczułem delikatny uścisk. Cały gniew zniknął pod wpływem jej niepozornego gestu. Rozluźniłem spięte mięśnie ciesząc się chwilą. Miała delikatne palce tak jak sobie wyobrażałem.
Nie była moją dziewczyną, choć bardzo tego pragnąłem. Dla niej była to tylko przyjaźń… niepokojące uczucia, jakie do niej żywiłem, od zawsze, nie opuszczały mnie nawet na chwilę.
Nie byłem w stanie zliczyć ile razy patrząc na nią widziałem obraz naszych splecionych ciał, jej włosy na mojej twarzy, jej błyszczące szczęściem oczy, gdy wyznaję jej co czuję. Widocznie jednak byłem za mało zdeterminowany, bo nigdy się na nic nie odważyłem. Rozpraszały mnie jej czerwone usta i rumiane policzki i nigdy nie wiedziałem, co zrobić.
– Czuję, że coś ukrywasz. Po swojej pierwszej misji dostajesz coraz bardziej niebezpieczne zadania.
Przerwała błogie chwile znów coś podejrzewając. Wpatrywała się we mnie szukając czegoś w mojej głębi, a ja stchórzyłem i wyplątałem się z uścisku pod wymówką, że musze się ubrać. Obawiałem się, że w końcu wszystkiego się domyśli. Naprawdę bałem się, że ten potwór wróci i załatwi mnie, jak tamtych żołnierzy. Jednocześnie nieustannie prześladowała mnie myśl, że może dorwać Lucy a ja byłem zbyt słaby, bo ją ochronić.
Stojąc do niej tyłem ukryłem twarz w dłoniach. Instynktownie wyczułem niepewność dziewczyny. Siedziała sztywno na moim łóżku, niepewna tego, co powinna zrobić. Po chwili bezruchu odwróciłem się do napiętej dziewczyny. Zdawało się, że wszystko już wie, rozumie i czeka na mój ruch. Pod wpływem nagłego impulsu przytuliłem ją mocno do siebie. Zrobiłem to szybko i przez to nieco niezdarnie, ale strach, że znów mi ucieknie, popychał mnie do działania.
Byłem tylko przyjacielem, który od czasu do czasu miał zaburzenie osobowości co nie jest normalne. Lucy jednak zdawała się zadowolona a ja czułem lekki powiew jej oddechu na policzku. Chciałem zatrzymać czas, delektować się tą chwilą. Kochałem ja oglądać, dotykać, słuchać. Pragnąłem siły do walki a ona ładowała ją szczęściem z samej swojej obecności. 
– Powinniśmy spędzać ze sobą więcej czasu.
Pożerałem wzrokiem jej uśmiechniętą, pogodną twarz. Zadziwiające, jak w jednej chwili z przerażonej i zdołowanej zmieniała się w pewną siebie i opanowaną.
Jej oczy nabrały niesamowitego blasku a ja jednie mogłem się tępo przyglądać.
– Mówiłeś, że masz dziś ważne spotkanie. Pomogę Ci się przygotować – musnęła ustami mój policzek a ja poczułem gniew i rozczarowanie, że nasze usta się minęły.  Bezgłośnie zawarczałem poruszony.

Pomogła mi dobrać odpowiednią wodę kolońską, spodnie i marynarkę uważając, by przesadnie mnie nie ubrać. Odpowiednio i praktycznie, ale na luzie. Było mi obojętne co wciągam na grzbiet, byle być blisko niej, patrzeć na nią, słuchać jej głosu, patrzeć na nieposłuszne włosy. Widok jak pomaga mi zapiąć koszulę niesamowicie mnie pobudził. Wystarczyło wyobrazić sobie jak robi to w drugą stronę, była tak blisko… Poczułem ucisk w dołku. Była moją nieosiągniętą miłością, ale równocześnie kimś bardzo osiągalnym.
Skrzywiłem się. Powinienem powiedzieć jej teraz, gdy jesteśmy sami. Kiedy nadarzy się następna okazja? Czy w ogóle jeszcze jakaś będzie?
– Hm? Coś nie tak? – wymruczała – Nie podoba Ci się jak wyglądasz?
Skupienie na jej twarzy zmieniło się w przestrach. Uśmiechnąłem się zapewniając, że jest idealnie.
– Przypomniało mi się coś, co powinienem zrobić dawno temu.
– Lepiej zrób to jak najszybciej, życie nie stoi w miejscu i lubi zaskoczyć.
Przesunęła wzrokiem po całej mojej postaci, krytycznie oceniając swoje dzieło.
– Idealnie. Jesteś gotowy. Nie jest już z ciebie taki brudas. Uciekam już, żebyś się nie spóźnił – podeszła do drzwi i zawahała się.
– Pamiętaj, żeby jutro mi pomóc z przemeblowaniem – cmoknęła mnie na pożegnanie i wyszła pozostawiając mnie z wrażeniem cierniowej korony na głowie.
Jestem królem friendzone. Jednym z poległych służbie miłości. Jutro będę jej meble przestawiał.


***

Jack zajadał sobie sałatkę.
Mlaskał, ciamkał, grzebał w pojemniku plastikowym widelcem, głośno przełykał a przy tym wszystkim machał nogami i czujnie mi się przyglądał. Nic nadzwyczajnego.
– Co?! – wybuchnął wreszcie, zaglądając do wnętrza mojej otwartej na oścież paszczy. Lew je i nie należy mu przeszkadzać.
– Jesz – wyszeptałem przełykając ślinę. Tym sposobem zauważyłem jak kołnierz koszuli okrutnie mnie dusi. Poluzowałem jego zapięcie nie mogąc oderwać wzroku.
– Tak, wiesz, ludzie tak robią – obwieścił odkrycie roku, grzebiąc w tym cholernym pojemniku – Jak jesteś głodny to idź SE kup! Ja się nie dzielę.
– Jesz na stole, na którym rozcina się ludzi! – syknąłem wzburzony.
Resztkami pozostałego mi rozumu utrzymywałem się w towarzystwie dwóch dżentelmenów w laboratorium. Krążyłem po laboratorium jak dzikie zwierzę w klatce, patrząc to na tego beztroskiego barbarzyńcę to na nieruchomo siedzącego Rena. Nie chciałem wydzierać się przy Renie a miałem nazbyt wiele do powiedzenia Jackowi. Westchnąłem i starałem się nie zwracać na niego uwagi.

Obaj mnie czymś dręczyli: Ren był uosobieniem niespodziewanego zagrożenia, tymczasem Jack utożsamiał jawna agresję, którą dodatkowo pogłębiały nienażarte czeluście jego żołądka. Czułem się jak piąte koło u wozu a nawet jeszcze gorzej, bo zapasowe w nieśmiganej nówce terenówce. Usiadłem naprzeciwko Rena, po drugiej stronie biurka, zwiesiłem głowę w dół i patrzyłem na swoje nogi.
Ukradkiem wycierałem spocone dłonie w spodnie. Robiłem tak już kilkakrotnie, więc zerknąłem na Rena, ciekaw, czy zauważył.
Był zajęty miarowym stukaniem w blat stołu swoimi długimi palcami wyraźnie na coś czekając.
Jack, zgarbiony na stole, otrząsał się z zimna metalowego blatu po którym wielokrotnie spływała krew, brudząc niewinność mojego fachu. Właściwie sam go nieco naruszyłem pracując dla Rena.
Mdła woń truchła, której Jack nie był w stanie wyczuć, wciąż mnie drażniła. Pozostała w moich nozdrzach nawet gdy było czysto, więc Jack i jego głód siedzący na tym stole był dla mnie zwyczajnym idiotą.
Przyszło mi do głowy, że powinienem być przerażony obecnym stanem rzeczy: ten idiota wie więcej ode mnie.

W nieznanych okolicznościach Jack z bełkoczącego alkoholika zmienił się w przerażająco poważną, zaangażowaną osobę. Odruchowo zwróciłem się ku powodowi. Czarna teczka dowodów i zdjęć, które Jack skompletował podążając tropem Linx znajdywała się pod drugą ręką Rena. Kiedy zapytałem Jacka, dlaczego  to robi, jedynie wzruszył ramionami mówiąc, że taką rolę przyjął w tej sztuce i że nie chce mu się nic tłumaczyć. W moim mniemaniu po prostu nie mógł sobie poradzić z tajemniczymi argumentami Rena.
– Która godzina? – zapytał Ren, wytrącając mnie z zamyślenia.
– Za pięć osiemnasta – odparłem korzystając z czarnego, wielofunkcyjnego zegarka. Natychmiast zacząłem się nim bawić i chyba to była dobra decyzja, bo może nie wytrę dziur w moich spodniach. Nowe byłyby nadwyrężeniem budżetu.
– Idealna pora na krótką dyskusję, zanim zjawi się nasz gość – jego donośny głos rozszedł się echem po pomieszczeniu. Jack podniósł głowę znad pojemnika i skinął głową.
– Jak dobrze wiemy, szczególnie pan Lanter – Ren nie odrywał od niego wzroku a Jack nieustannie machał nogami absolutnie nieprzejęty tym, że ktoś napomknął w zdaniu jego nazwisko.
– Incydent z Linx sprzed kilku tygodni sprowadził na nas wiele nieszczęść.
Wypuściłem powoli powietrze z ust i odwróciłem głowę. Byleby nie patrzeć na udręczony wyraz twarzy Rena. Brzydziła mnie ta dramatyczna mowa pogrzebowa. Męczyło mnie to, że podle bawi się w prezenterkę  nie fajnych wiadomości. Gdyby nie niespodziewana wizyta Linx obeszło by go to jak wiaterek który przypadkowo musnął jego długie kudły.
Przez moje butne myśli umknął mi kawałek rozmowy, więc postanowiłem się opanować.
– Jak to nie wszyscy zginęli?! – warknął Jack.
– Strata tak silnego dywizjonu rozeszła się wielkim echem, lecz nieliczni przeżyli – uśmiechnął się ukazując rzędy tych swoich śnieżnobiałych zębów. Wciąż go to bawiło, cieszył się jak głupi. Jego mózg wypełniały zalążki cichych intryg.
– Nieliczni? – skrzywił się Jack – Na własne oczy widziałem jak ich rozgromił!
– Sęk w tym, że nie byłeś na tyle szczegółowy w tym co robisz i zwiałeś – wysyczał Ren. Grad złych spojrzeń ciskał w Jacka, który nic sobie z tego nie robił.
– Szczegóły – wyśmiał go. – Ren, jakiś ty szorstki! Przede wszystkim pracuję dla swojego tyłka i cenisz mnie za moją dyskretność, prawda?
– Tak, ale nie w tym stopniu. Kamery mogłeś zostawić.
Ren pokręcił się w fotelu szukając wygodniejszej pozycji. Zaciskał przy tym pięści tak mocno jakby mógł tym sposobem udusić Jacka na odległość.
– Nie chciało mi się czekać, aż pan Linx zjawi się osobiście i wręczy mi autograf – przełknął ostatni kęs i przeszedł ku nam z drugiego końca laboratorium i wręczył mi swój brudny widelec.
– Dzięki – przeciągnąłem samogłoski, zaskoczony.
Wróciłem do wysłuchiwania ich konwersacji, obracając w dłoni plastikowy widelczyk. Starałem się powoli łączyć fakty.
 Jack, z rozkazu Rena, odnalazł sprawcę incydentu dzięki reaktorom wyczulonym na ich obecność.
Na miejscu Rena przejąłbym się, że takowe istnieją. Wszak to oznacza, że ktoś też ma oko na sprawę Linx. Zastanawia mnie czasem, co skrywa jego umysł. Jakaś część mnie chciałaby wyciąć z niego tą wkurzającą pewność siebie. Najchętniej bym to wyleczył podcinając mu korę w mózgu skalpelem, tak jestem zazdrosny kurna!
Naprawdę cieszę się, że ktoś zaczyna się nim interesować. Clare Hawkeye… Ciekawe jak jej idzie rozgryzanie Rena?
– Kilka osób przeżyło…  Jedni dłużej, inni krócej… Widocznie nie było im dane przetrwanie. Między naszymi ocalałymi był niejaki Seth Walker – przeczytał z dokumentu z danymi osobowymi i przekazał go dalej. – Tu już … – odczekał chwilę i spojrzał na mnie złośliwie – Pan Dedal jest w temacie.
– Seth Walker, lat dwadzieścia jeden. Trochę się kurował, ale później wysłaliśmy go na więcej misji…
– Żeby się go pozbyć – dokończył Ren. – Nie udało się, więc użyłem swojego daru przekonywania i… – wyszczerzył się dumnie – Zacznie pracować dla nas…
Przymknąłem powieki licząc do dziesięciu. Oh Ren, odpuściłbyś sobie te manewry by przekonać nas, że pracujemy dla wspólnego interesu a nie twojego.
– Będzie pracował razem z Tobą, Jack.
– Eh?! Czuję się jak niewolnik twojego chaotycznego umysłu! Załóż mi kadrę pracowników a ja nazwę ich „Insekty Rena”!
Jack również zauważył jego wszędobylstwo i złudne gierki. Ren jednak nie uznał, by zaczepka Jacka była warta uwagi.
– Chłopak się nadaje – powiedział Ren z przekonaniem. Jedyną oznaką skromnego niezadowolenia było przymrużenie oczu jakby się zmęczył. – Ma duże umiejętności w walce orężem i mieczem, ale wykazuję się także w posługiwaniu się bronią błyskawiczną.
– Jak go przekonałeś? – zapytałem, zanim zdążyłem ugryźć się w język a on spojrzał na mnie zaskoczony – Nowe fakty z misji zapewne ciężko było ukryć, nie wspominając o wykupieniu milczenia naocznego świadka.
Uderzyłem w słaby punkt mając w pamięci fakt, że Ren nienawidzi się tłumaczyć.
Nie byłem dziś przygotowany do drażnienia go i działania na jego szkodę, ale to nic. Z pewnością nadarzą się ku temu inne okazje.
– Zaoferowałem mu jednie, że będzie ich ścigał – odchylił głowę do tyłu, zapobiegawczo zgarniając włosy na jedną stronę, tym samym chroniąc je przed Jackiem, czającym mu się za plecami.
– Brzmi niebezpiecznie – wysyczał tamten ze swojego miejsca upuszczając zrezygnowany nożyczki.
– Tym się rozcina ludzi – pouczyłem go natychmiast jak dziecko.
– Brzytwą też, jednak się nią golisz – odparł, całkowicie tracąc zainteresowanie otoczeniem. Socjopaty nie zrozumiesz a do golenia mam inną brzytwę.

CDN

Betowane by Y. 

Pomóżcie się reklamować! 
Bannery do reklamki: 







9 komentarzy:

  1. Świeżo po przeczytaniu piszę ten oto komentarz zacznę od czepiania się.
    Przeciniki i powtórzenia. I proszę o zapoznanie się z http://pl.m.wikipedia.org/wiki/
    %C5%9Api%C4%85czka_farmakologiczna tyle.
    Był Jack ^^ jakoś nie wiem czemu ale mniej mnie cieszy niż kiedyś ._. Jest bardzo mroczny, podkreśla to pojawienie się przymiotnika "mroczny" kilka razy. Naprawdę wydaje się zmęczony.
    Elizabeth... nie wiem co o niej powiedzieć.
    Miki jest fajny lubię go, ma ciekawe pomysły. Benzyna i granaty to dobre połączenie :) Pogodziłam się z "nie" dla yaoi ale chęć odżywa w czasie czytanie rozmowów między Mikim, a Jack'iem.
    Tak wiele porównań. Ok.
    Lubię Setha jest słodki. (a tak btw strasznie kojarzy mi się Mikage). Ładne friendzone, podoba mi się c; Lucy jest tępa.
    Blizny są seksi. Bardzo.
    W ostatnim fragmencie podobał mi się bardziej Jack, chyba mój brak pozytywnego patrzenia wziął się z jego osobówki. Zmieniła się. Nie wiem czy na + czy -.
    Ren jest popieprzony i chyba zaczynam go lubić nie wiem.
    Dziwne były niektóre kwestie, nie chce mi się cytować.
    Cóż ogółem jest poptostu inaczej. Muszę się przestawić i tyle. Pamiętaj inaczej nie znaczy źle.
    A bannery, ostatni super ^^ inne też ładne.
    Weny itd *hug*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to chodziło z śpiączką, więc jest poprawnie.
      Nie wspominaj o yaoi... Proszę cię. Te postacie to moje emocje, ludzie się może i nimi bawią w życiu, ale w "internetach" się nie dam.
      To dziwne, że ktoś zaczął lubić Rena, ale sama się przyznaje, że mam sentyment. Co chwile zmienia się moje podejście do postaci...
      Nie wiem czemu, ale pisanie osobówki Jacka jest związane z moim nastrojem, ogółem ma poważnieć. Jakoś nie bardzo przepadam za pisaniem jego osobówki, jak wspomniałam to zależy... Kobieta zmienną jest.

      Usuń
  2. No i mosz, człowiek z biol-chem-polu ci wreszcie skomentuje, może mnie to uchroni przed wydziedziczeniem. Wreszcie poznałem dogłębnie kwestię śpiączki-wiem, że użyłaś to jako metaforę, może raczej w formie podawczej dialogu chwytliwy dowcip bohatera ;p Lepiej zbudowane fale dramaturgii, jeszcze ćwicz wyrażanie idei, ale tworzysz coraz plastyczniejsze obrazy, można wyłapać fajne nastroje sytuacji. Trochę zaplątana introspekcja Jacka, ale ogólnie wstawiasz nowe motywy, podoba mi się ;) No i jeszcze kilka rzeczy obgadamy f2f ;d

    OdpowiedzUsuń
  3. cudo
    Chcesz poddać swój blog ocenie i wypromować się? Zapraszam na:
    http://emi-marshall-ocenialnia-feniksa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawy blog, z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg. Masz wspaniały talent. Zapraszam na mój :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetnie piszesz! masz ciekawy, oryginalny styl, a twoje opowiadanie jest mega :D tylko trochę za dużo zombie i wg mnie przydałby się jakiś dobry romans :P może jednak nie :D Postać Jack'a jest intrygująca i szurnięta w zajebisty sposób :D
    Jedyne co mi się nie podoba, to to, że czasami nie mogę się połapać który bohater obecnie opisuje wydarzenia i za bardzo skupiasz się na opisie przeżyć, a nie wydarzeń i w ten sposób można czasami się zagubić:P
    Ogólnie masz zajebisty blog ze wspaniałą grafiką i historią. Podziwiam twój chamski styl pisania :D Nie mogę się doczekać dalszego ciągu!!!!!!!!!!
    ~`Danka :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawie, orginalnie, interesująca historia, nie ma się do czego doczepić :)
    Nie no naprawdę super. Zapraszam także na mój http://neytir.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. No i jest... Komentarz ode mnie, o który pytałaś tak długo. Dziwne, że po przeczytaniu ostatniego rozdziału, nie wiedziałam co powiedzieć, bo jak teraz to przejrzałam ponownie, doszłam do wniosku, że dobrze pamiętam co w tym było. Może fakt, że czytałam Twoje zacne dziecko w godzinach bardzo późnych się odbił na moim myśleniu. W każdym razie...
    Rozdział długi, są coraz dłuższe patrząc na całość od rozdziały pierwszego - podoba mi się to, lubię gdy jest dużo do czytania, zwłaszcza, gdy fabuła jest przemyślana, a litery nie są po prostu sypane na kupkę i układane w słowa, bez większego znaczenia i celu.
    Masz nieco ciężki język pisania i chwilami przebrnąć przez zdanie czy akapit jest ciężko, ale te urocze momenty jak jedzenie na tym paskudnym stole czy z poprzednich rozdziałów rozmowa głównego bohatera [wnioskuję, że nasz zachwiany psychicznie bohater, którego przemyślenia są dziwne, ale zaskakująco trafione co do jego charakteru, jest głównym bohaterem] z piękną Lucy-ferką~
    Nie będę się zbytnio rozchodzić nad poszczególnymi postaciami czy zdarzeniami.
    Zrobię to, kiedy w końcu dodasz kolejny rozdział [będę Cię o niego męczyć kochana... oj będę] więc do pracy, pomęcz wena i podziel się dzieciaczkiem :)
    Different Dies zaprasza~ [reklamka, a co :D]

    OdpowiedzUsuń