poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Demonic reaper - Rozdział siódmy

Demonic Reaper

Rozdział siódmy



Otworzyłem oczy. Przebywając cały czas w mroku windy i całego budynku, próbowałem się skupić i zrelaksować. Widocznie oszczędzają prąd. Sprawdziłem ręką swoją temperaturę.
To nagłe wezwanie Iv wyprowadziło mnie całkowicie z równowagi. Przez cały dzień byłem tym zaabsorbowany a powinienem skupić się na tym, by być uważnym. Próbowałem ponownie przejąć kontrolę nad sobą. Żyj tak, jakbyś nie żył, bądź tak, jak wszyscy na tym świecie – martwy w środku.
Zamyśliłem się a w tym czasie drzwi windy zdążyły się otworzyć. Moim oczom ukazało się kolejne przesiąknięte mrokiem pomieszczenie. Długi, ciemny korytarz prowadził tylko do jednego pokoju. Podszedłem do drzwi i oparłem o nie czoło. Czy mogę to zignorować?
Chwilowa rozterka. Nie myśląc już więcej wszedłem do środka. Niespodziewanie zaskoczyło mnie światło. Było wszędzie! Szybko znalazłem jego źródło, wielkie okna zajmowały niemal całą ścianę. Przykra niespodzianka oszołomiła mnie na chwilę, przez co zapomniałem, że nie jestem sam. Cholera! Skrzywiłem się, sycząc pod nosem. Mój wzrok zaczął w końcu normalnie funkcjonować. Otwierając podrażnione ostrym światłem oczy, dostrzegłem w końcu małą staruszkę.
Była odwrócona do mnie tyłem, siedziała u szczytu wielkiego stołu do narad,  jedynej rzeczy w równie wielkim pomieszczeniu. Wielki pokój i wielki stół, a poza tym wielka pustka. Iv kompletnie nie zwróciła uwagi na moje przekleństwa, wciąż patrzyła niewzruszona przez najbliższe okno, sprawcę mojej dezorientacji.
– Wzywałaś mnie – zacząłem. Przez moją głowę przewijały się setki myśli. Czego ona od mnie chce? Czy wie, co planuję? I co ja teraz zrobię? Przeklęta milczka z rady starszych!
– Tak Ren, wzywałam Cię – w końcu odwróciła wzrok, siedząc na swoim wózku inwalidzkim. Kolejna niespodzianka! Nie spodziewałem się takich słabości po tak wpływowej kobiecie, ale czas widocznie dopadł i ją.
– Pewnie zastanawiasz się, dlaczego Cię wezwałam. Czego chce głupia staruszka od dobrze zapowiadającego się szefa laboratorium? – kontynuowała, powoli cedząc słowa. W jej zmęczonych, szarych oczach  nie było widać żadnego blasku nadziej, który tak często gościł  w ślepiach przywódców.
– Tak,  nie spodziewałem się takiego spotkania w cztery oczy. Zazwyczaj to Obe przywoływał mnie na swój dywanik – uśmiechnąłem się sztucznie.
– Nie musisz się obawiać najgorszego. Czasem naprawdę jestem miłą, starszą panią… – przerwała, nabierając powoli powietrza. – Przede wszystkim, chciałabym Ci pogratulować, Ren.
Zdziwiłem się, ale poczułem przypływ zadowolenia. Nie zapowiadało się na odkrycie moich planów. Mogłem się nareszcie uspokoić.
– Dziękuję. Bardzo mi to schlebia i motywuje do dalszego działania na korzyść ludzkości –wyrecytowałem formułkę tak lubianą przez radę starszych i obdarzyłem ją uśmiechem po raz kolejny. Mimo moich subtelnych działań nie dostrzegłem oczekiwanej reakcji. Jej beznamiętna twarz nawet nie drgnęła a nieruchome oczy patrzyły na mnie pusto.
– Być tak młodym i zajść tak daleko w tych czasach… Imponujące – zastanowiła się.
 – Przypominasz mi swojego ojca – nie zaczynaj staruszko, nie to chciałem usłyszeć… Przeklinałem ją duchu. Znów spanikowałem. Czyli jednak coś do mnie ma?
– Tak, był geniuszem, ale dopuścił się w swoim życiu zbyt wielu błędów… – odpowiedziałem z doskonale udawanym smutkiem. Myślę, że strata takiego ojca nie była dotkliwa, ale cóż, ludzie zawsze myślą inaczej. Obserwowałem ją cały czas, nie odrywając wzroku. Moje serce zaczęło swoje mordercze tempo, dudniło na cały pokój a ja nie wiedziałem jak to przerwać, żeby niczego nie zauważyła.
                         Nienawidziłem ojca… Jego dokonań, celów i błędów. Nie  widział mnie w swoim życiu, była jedynie moja matka i siostra... Nienawidziłem go. Był podłym tchórzem, egoistą i głupcem! To on stworzył zombie, zniszczył moje życie, zniszczył je wszystkim!
– Tak bardzo mi go przypominasz… dlatego postanowiłam Cię wezwać…
– Czyżbym był podejrzany o jakiś błąd? Mój ojciec często je popełniał, ale jak wiemy, on i ja nieco się różnimy… – chciałem krzyczeć, opanowała mnie złość, ale nie mogłem dać jej ujścia. Oschle pojrzałem w twarz Iv. – Dobrze wiesz, jakie błędy popełnił mój ojciec i jakie miały skutki. Odczuwasz głęboką potrzebę wiedzy, czy syn idzie w ślady ojca? Zapewniam Cię, że nie mam takich planów – uspokoiłem ją, tym razem szczerze.
– Czy ja wiem? –  zadumała się. Na Boga, co za kobieta… – Wszyscy Cię chwalą, wróżą wielką karierę, patrzą pełni nadziei na dalsze życie naszej rasy. Bo przecież wiesz, w tych czasach jest bardzo potrzebna wiara i nadzieja. W przyszłości możesz być nawet przywódcą… – w jej oczach kotłowała się mieszanina różnych uczuć, ciężko było znaleźć prawdziwe przesłanie tego wzroku – Podejdź tu… – kiwnęła do mnie słabą ręką.  Przeszedłem szybko cały dystans, który nas dzielił i stanąłem przed oknem obok Iv. – Popatrz, to cały nasz bastion. Przyjrzyj mu się uważnie, a ja dam Ci lekcję dorosłości… – zamilkła, czekając aż się rozejrzę. Zza okna było widać kilkaset ludzi wyglądających jak zapracowane mrówki
– Widzisz, jestem ostatnim pokoleniem, które pamięta ten w miarę normalny, stary  świat… Gdy jeszcze byłam młoda, po świecie już krążyły straszne wieści o tym, że nasza planeta Ziemia nas nie chce. Nie byłam w stanie tego zaakceptować , mała dziewczynka nie dopuszczała do siebie tego steku bzdur. Twierdziłam, że to biadolenie naukowców. W momencie, gdy miałam już na karku 30 lat doczekałam się prawdziwego kryzysu... Trzecia wojna światowa. Młoda – stara ja przetrwała strajki, rewolucje, kryzysy, głód i walki, w końcu wojnę, wszystko jednak zostawiło swój ślad. Co dziwne, w oczach teraźniejszych ludzi nie widzę wstrętu do staruchy, tylko zazdrość. Zazdrość tamtego świata.  A to nie tak powinno być… Ren…– myślałem, że zaleje się łzami ale była twarda. Wciąż przyglądała się tłokowi w bastionie. – Bardzo bym chciała, żeby na ciebie miał kto patrzeć, mimo tej zazdrości o stare czasy… Jednak czy będzie miał kto? Najpierw chciała nas zniszczyć niedoskonałość świata, potem niedoskonałość ludzi – westchnęła – A później, próby dążenia  do doskonałości…
– Mówisz mi, że musimy iść, ale nie mamy się od czego odbić… To pokolenie nie ma czego żałować. Nie ma tej pamięci, nie ma poczucia wartości ani uczuć. W przeciwieństwie do ludzi z tamtych lat, nie mamy nic. To nasza walka i nie oczekuj, że spojrzymy bez żalu na wasze błędy. To nasz bój  i to, co zostanie, to nasz świat.
– Żeby iść dalej trzeba najpierw wstać! – krzyknęła zdenerwowana staruszka, a w jej oczach pojawił się chwilowy błysk – Ludzkość leży jak niemowlę! Masz zapewnić bastionowi bezpieczeństwo, życie!
– Dokonam tego, odnajdując antidotum; lekarstwo na śmierć… i zombie – uśmiechnąłem się beztrosko. To już nie twój świat Iv, uwierz mi. Jeszcze tylko trochę i nie będzie wcale wasz. Projekt zniszczy śmierć… – Jeśli można, proszę wybaczyć… Mam dużo pracy.
– Przemyśl to wszystko jeszcze raz… – staruszka znów przeniosła całą swoją uwagę oknom.
– Tak zrobię. Dziękuję – przytaknąłem i wyszedłem, zostawiając za sobą zrzędliwą staruchę.


***
– Wzywałaś nas – zaczepiłam siedzącą nieruchomo Iv. Ciągle nie przestanie mnie straszyć swoim nagłym zgonem. To jej udawanie martwej jest męczące do cholery! Powinna choć raz pomyśleć o tych, którzy się o nią martwią. Oczekuje od nas poświęceń, a od siebie nic.
– Tak. Miałam dziś ważnego gościa – zaczęła powoli staruszka, podnosząc pomarszczone powieki. Nareszcie jakieś oznaki życia. Tak często zastanawiałam jak można tak żyć. Jak Iv. Jak warzywo.  A po części nie dziwi mnie to, przeżyła tak wiele.
– Rzadko z kimś rozmawiasz… Kim był ten gość? – zapytał męski głos będący bliżej Iv. Nie rozpoznałam w nim żadnego ze swoich kompanów. Było ciemno a światła paliły się jedynie wokół Iv, więc nawet nie zorientowałam się z jakiego kierunku dochodzi.
– Syn Crossa Creeda – staruszka jakby w zwątpieniu znów zamknęła oczy.
– Przyszedł tu?! – wrzasnęłam jakby wyrwana ze snu. Więc Iv również zauważyła , że coś jest  nie tak!
Moje obserwacje  jednak miały sens! Moje przeczucie się nie myliło i naprawdę coś jest na rzeczy! Byłam podekscytowana, choć tak naprawdę nie miałam z czego się cieszyć.
– Tak… – staruszka wciąż nie okazywała ochoty do dłuższej rozmowy o Creedzie, ale ja oczekiwałam więcej. Czułam że jestem na granicy, ale dążyłam dalej – … I co?
– Nic, chciałam mu tylko wyznaczyć cel, tak jak każdemu z was – eh, czyli jednak niczego się nie dowiem. Rozejrzałam się po ciemnej sali, zazwyczaj pełnej blasku. Dopiero teraz zauważyłam, ilu ludzi się tu zgromadziło. Wcześniej moim umysłem zawładnął tajemniczy Ren Creed.  
– Więc czego od nas chciałaś?- zapytał stojący niedaleko mnie Axe. Moje oczy przyzwyczaiły się nareszcie do mroku, więc już dojrzałam więcej twarzy. Ax’a otaczało wielu nieznanych mi ludzi. Nigdy bym nie pomyślała, że Iv ma tak wielu ludzi pod swoimi rozkazami.
– W ciągu ostatniego czasu zniknęło wielu ludzi… Nawet ci należący do oddziałów – staruszka otworzyła szerzej oczy. – Nawet nas nie ominęło to dziwne fatum – rozejrzałam się po twarzach swoich towarzyszy. Niektórzy opuścili głowy. Jak wszyscy, my również straciliśmy bliskich nam ludzi z oddziału. – Zostało nas tylko 30 i zwykli żołnierze pod naszymi rozkazami.
– Co może być przyczyną? – usłyszałam kolejny głos w oddali, tym razem jednak nawet nie trudziłam się, by odgadnąć tożsamość mówcy.
– Przyczyną może być wszystko i nic. Od Rena Creeda nie dowiedziałam się niczego, nasza rozmowa była raczej czysto ideologiczna. Możliwe, że wie coś o tym, ale może też nic nie wiedzieć. Wszak podlega Obe, a ten przyzwyczaił się do strat w ludziach – twarz Iv wyrażała rozdrażnienie. Często sądziłam, że namiestnik bastionu i ona nie darzą się sympatią. – Linx również się nie pokazali wokół bastionu. Pozostali tylko Linx stąd – odezwał się szum zdezorientowania. Linx tutaj?
– Ilu ich teraz jest? – zapytał bardziej wtajemniczony głos. Nie znałam dokładniejszych raportów na ich temat, były ściśle tajne. Dlaczego ona mówi o nich teraz, przy nas wszystkich?! – Podejrzewasz ich?
– Dwóch. Są bezsilni i nie pamiętają swojej niebezpiecznej tożsamości. Tymczasowe dowody na nic nie wskazują, ale to oni mogą być winni licznym zaginięciom – Iv zacisnęła pięści, podnosząc głos – Obe nie ujawnił informacji kim są Linx tutaj, nie znamy ich wieku, płci i co gorsza nazwiska.
– Co zamierzasz z tym zrobić? – zapytał ten sam głos.
– Dlaczego Obe to robi? – w sali szumiało, każdy o coś pytał. I każdy miał złe przeczucia co do Linx. Przetrzymywanie ich tutaj jest jak wspieranie plagi zombie lub nawet trzymanie ich w bastionie. Patrzyłam przerażona na Iv. Co tam, na górnych szczeblach bastionu się dzieje?!
– Już od kilku lat nie mam od nich żadnych informacji – odezwała się, zatrzymując wszystkie pytania – Podobno badania niczego nie dowiodły a z kolejnych prowadzonych obserwacji nie ma żadnych konstruktywnych wniosków. Nie mamy z nich żadnych korzyści, które by nam pomogły zwalczyć zombie. Dlatego możemy ich po cichu usunąć… Clare – zwróciła się do mnie nagle.
– Ty, Miria i Dymitr będziecie odpowiedzialni za ich zabicie – Ja?! A niby jak?! Nie wiem nic w tej sprawie! Chciałam się odezwać, ale staruszka nie dała mi dojść do głosu wciąż mówiąc – Musicie zniszczyć wszystko, co było im bliskie, wszystko co było wokół nich.  Wszystkie ślady. Nie powinniśmy wiedzieć czy kogoś nie przemienili w Linx, więc to konieczne – urwała.
– Jak mamy ich znaleźć? – zapytał prawdopodobnie Dymitr. Z naszej trójki tylko on był mężczyzną.
– Są na to sposoby. Nowe radary i reaktory wyczulone na ich obecność, ale o tym później. Ich likwidacja zostanie w radzie odnotowana jako kolejne zniknięcia. Co do reszty z was… –rozejrzała się po sali, patrząc na wszystkich po kolei. – Każdy weźmie swoich podwładnych i każdy dzień poświęci na odnotowaniu zniknięć poza bastionem. Co do zombie… napotkanych wybić do cna!

***


Postawiłem swój pierwszy krok na starej ziemi i wysłuchałem pierwszych rozkazów, których raczej nie powinienem bagatelizować na terytorium zniewolonym przez zaciekłe, gnijące, wrogie nam truchła. Tak przynajmniej brzmiały moje przypuszczenia jak powinienem się zachowywać, żeby nie dostać nagany od wyższych rangą. Cała nasz grupa przemierzała las, podobny do Amazońskiej dżungli. Mi, młodszemu szeregowemu powierzono radar, na którym skupiłem całą swoją uwagę, co nie rzadko kończyło się zderzeniem z jakimś przejawem dawnych lat. Na przykład znaki drogowe, które już dawno miały za sobą czasy nowości. Korozja odebrała im przydatność, więc nie można było z nich już nic odczytać.
Przez moje małe potknięcia przy pracy, wśród innych rozeszła się plotka, że potrafię metal rozbić głową. Moje nieuważne chodzenie przyciągnęło wielu widzów, a dziwny rechot w krzakach nie dawał pewności siebie na pierwszej misji. Tak bardzo chciałbym móc swoim pustym łbem rozwalać cegły, ale nie ma we mnie nic z amerykańskiego strongmena czy kulturysty w cieniutkich majtkach przypominających stringi, o mocno wyrzeźbionym ciele okaleczonym przez wypukłe żyły. Nie mam tak przesadnego ciała choć ciężko pracowałem.
Z takim cielskiem nie musiałbym się pilnować. Na takiej skórze niedźwiedzia zombie połamałby zęby. Jednak ćwiczyłem i starałem się o coraz to większe i nowe „muły” jak mówi się wśród osiłków.
Wolałem trochę przeciągnąć czas w jakim dostanę tego typu  misje. Nikomu się nie śpieszy do zombie, a ja chciałem lepiej się przygotować i jeszcze bardziej zahartować swoje ciało. Wcześniej starałem się wybrać inny zawód aniżeli żołnierz, niestety moja edukacja zakończyła się na etapie jak walczyć i jak przetrwać. Jedynie wybrańcy o wielu talentach doznawali zaszczytu rozwinięcia swojej wiedzy. Później siedzieli bezpiecznie w laboratoriach, szpitalach, bądź przy papierkowej robocie. Jeśli byłeś silny stawałeś się żołnierzem, a jeśli nie, ale brakowało ci pomarszczonego mózgu lvl Einstein też zostałeś żołnierzem. Podobnie w życiu. Gdy masz siłę przebicia walczysz z tymi, którzy ci się sprzeciwiają. Będąc zaś słabszym walczysz o to, by inni tobą nie zawładnęli. Zaplanowano tu wszystko by przetrwać, również podział ludzi na kilka głównych zawodów. Teraz dzieci już nie marzyły o byciu strażakiem. Koniec wyborów! Bezpieczny styl życia i plan ewentualnej walki jak się nie poszczęści. Wychowano cię byś przetrwał i stanął do walki z nieżywymi ludźmi. Musisz się pogodzić z tą goryczą, choć nawet poczucia, że zombie też człowiek trudno się wyzbyć.
Skończyłem swoje rozmyślania przy rozstawianiu reaktorów. Było to nużące zajęcie, po którym i tak musiałem wszystko kilka razy sprawdzać. Przy pierwszym razie nie trzeba myśleć, więc nawet nie zawracałem sobie tym głowy. Po pierwsze, musisz reaktor uruchomić i podłączyć, stara receptura, której szybko można nauczyć się na pamięć. Później sprawdzasz czy chodzi i czy wszystkie ustawienia są prawidłowe; maszyna gotowa do użytku. Takie reaktory i czujniki pozostawia się na dachach opuszczonych budynków, które oceniano na gwarancję, że postoją jeszcze z pięć lat wśród ruin. Budynek na którym obecnie się znajdowałem był jakimś małym blokiem z dobrymi schodami przeciwpożarowymi, ale wolałem nie sprawdzać tego jak starszy brygadzista z którym pracowałem.  Na oko miał pięćdziesiątkę, słabo opaloną twarz z pieprzykami i piegami na nosie. Zmarszczki w jego przypadku bardziej przypominały wory pod oczami, więc często myślałem, że facet nie śpi, ale jedno zostawienie go na warcie było tak przerażającym rozczarowaniem, że więcej już nikt tego nie powtórzy. Jak tu spać jak na warcie też śpią.
Dziadek był luzackim gościem, dawał wiele wolnych chwil, żebym mógł odetchnąć i się zrelaksować. Właśnie teraz zrobiłem sobie małą przerwę. Zapaliłem starego papierosa, którego znalazłem w kieszeni i powoli, uważając by nie spaść, położyłem się na brzegu dachu. Z bloku był dobry widok. Skoncentrowałem się na krajobrazie. Moje oczy chłonęły wszystko jednym zaborczym haustem; tyle odległych przestrzeni nie widziałem nigdy w życiu. Było stąd o wiele więcej widać niż z bastionu, wokół którego wypalono drzewa dla lepszej widoczności. Wielkie budynki walczyły o przetrwanie z naturą i czasem. Drzewa, które rosły między budynkami walczyły z nimi jakby były chwastami, zapuszczały swoje gałęzie w puste okiennice i wyrwy w murze, dzieląc budynki a nawet łamiąc je na pół. Wieżowce, kamienice i domy mieszkalne ciągnęły się długo w zasięgu  mego widoku.
Beton niegdyś zatłoczonej ulicy teraz popękał w wielu miejscach i utrudniał pracującym na dole żołnierzom życie, bo co drugi się potykał na szczelinach. Helikopter patrolujący teren z góry od czasu do czasu niebezpiecznie pochylał się w stronę drzew to znów przechylał się w bok, tuż nad ludźmi na dole. Można było pomyśleć, że życie znów się pojawiło.
– Skończyłeś już marzyć? – zerwałem się na równe nogi, słysząc  drwiący głos brygadzisty.
– Jeszcze bym sobie poleżał tutaj i popatrzył – odpowiedziałem mu bezczelnym uśmieszkiem.
– Raczej nie chciałbyś tu siedzieć, gdyby oni tutaj byli – zerknął w stronę, w którą wcześniej się wpatrywałem – To wynik pracy tych na dole. Połowa z nich była tu przed nami. Oczyścili teren i zabezpieczyli go przed zombie.
– Właśnie, zombie! – zdziwiłem się na myśl o nich – Całkiem zapomniałem – spojrzałem znów na horyzont by zapamiętać te nieznane mi wcześniej widoki. – Może bastion przesadza? – spytałem. – Jest spokojnie.
– Jak mówiłem, wcześniej oczyszczono ten teren – zmienił temat. – Może widziałeś kapitana Nixona? Te jego nowe reaktory przysparzają nieco kłopotu… Są cięższe od starych, ich ustawienie trwa dłużej... – roześmiałem się. Stary pryk znowu zaczynał swoją litanię narzekań.
– Pewnie ta zmiana sprzętu na nowszy model ma coś na celu, ale nam po prostu nie powiedziano jaki – wzruszyłem ramionami – Jesteśmy żołnierzami a nad tym pracują naukowcy.
W odpowiedzi brygadzista prychnął.
 – Sądzę, że stare czujniki też by sobie poradziły, ale Axe Nixon nie chciał nawet tego słuchać. Nowe czujniki i tak ma być! przeciągnął się, rozprostowując plecy a następnie schylił się po naszą broń i część załadunku. –Powaliło cię, kurwa, ty tu sobie leżysz, zagadujesz a oni zaraz skończą tam na dole wszystko ustawiać  i nas zostawią! Dobrze, że jest niedaleko bunkier i garnizon, który postawili na nowych terenach. Został nam jeden reaktor i do domciu!
Postanowiłem nieść większą część reaktora. Nowe reaktory były cięższe od starych a ja nie chciałem nadwyrężać staruszka. Brygadzista miał rację, w nowych reaktorach wszystko było przesadzone. Skala wrażliwości i skala sprawdzająca skażenie była obszerniejsza, powiększało to pole obserwacji i możliwość rzadszego rozstawiania takich ustrojstw. Tylko że skala wrażliwości nie miała żadnego celu a stare czujniki były odpowiednio dopasowane by wyczuć zombie, a te chyba miały wykryć taka myszkę Miki zombie.
Byliśmy już u wyjścia z bloku na ulicę, gdy silny cios powietrza wyrwał drzwi z futryny i popchnął je na nas. Rozległ się pisk reaktora, który dopiero co zamontowałem na dachu. Powietrze przeciął alarm, pisk oraz serie z karabinów. Brygadzista szybko poderwał mnie do życia ciągnąc za kołnierz, przy czym nawet  nie zainteresował się tym czy wstałem. Zaciągnął mnie pod wóz do innych a na jego twarzy wymalowało się napięcie i skupienie. Zakrztusiłem się kurzem i ogłuchłem od nadmiaru dźwięków, za wozem chowało się trzech żołnierzy oprócz starego i mnie. Zaczęli krzyczeć do siebie, ale ogłuszony nie mogłem nic wywnioskować z ich szybkich ruchów warg.  Pierwszy zniknął brygadzista wpadając w wir walki z nieznanym. Po chwili odbiegli pozostali, krzycząc coś niezrozumiałego. Moje myśli też krzyczały. O co chodzi?! Kto nas atakuje?! Powoli wychyliłem się przed maską auta patrząc jak odbiegają. Wbiegli w jeszcze bardziej zagęszczoną mgłę otoczoną jasnymi nićmi, przypominającymi macki meduzy. Przeszła mi przez głowę kusząca myśl żeby ich dotknąć. Tymczasem, gdy pozostali wbiegli w ich skupisko, te poruszyły się błyskawicznie, jakby pod jakimś sygnałem a potem sylwetki moich towarzyszy znikły a macki znów rozpoczęły swoje zmysłowe ruchy.
Złapałem się za głowę; przeszył mnie ostry ból, ale przy nim odzyskałem słuch. Tym razem do moich uszu doleciały krzyki, odgłosy konania i zbliżającej się śmierci. Opanowałem swoje ciało i wbiegłem w mgłę do moich towarzyszy. Nawet przez myśl mi nie przyszło, by ich opuścić, chciałem być z nimi, przydać się i w końcu dowiedzieć, co tu się do cholery dzieje!
Moje oczy rozszerzyły się widząc jednego z naszych. Bezpiecznie oddawał strzały z odległości, ulokowany za filarem. Podbiegłem do niego widząc, że szybko kiwał ręką pokazując, że mnie osłania. Wśliznąłem się za filar tuż za jego plecami.
– Celuj w ich źródło! – wysapał, nie zaprzestając wystrzałów – Ma wiele ogonów i macek! Unikaj ich, bo cię rozkwaszą!
– Co to jest? – krzyknąłem mu do ucha, szykując swoją broń. Nie odpowiedział, jedynie przylgnął bardziej do filaru. Przygotowałem się i już miałem przyjąć pozycję, gdy na moje kolana bezwładnie opadła jego głowa.  Tak z niczego, nie widziałem nawet jak go zabito. Cokolwiek to było, nie podkradało się, nie ukrywało. Na twarzy nieznajomego pozostały cienkie rysy, ich typ przywodził mi na myśl ostre cięcie bicza. Odsunąłem pośpiesznie jego ciało i zastąpiłem go przy filarze, aż ukazało mi się to, co można było nazwać ogonem. Był długi i lśniący, stalowy choć przezroczysty, więc mogłem zobaczyć co jest za nim. Powoli podążałem w jego kierunku, przygotowując się do wystrzału. Ktoś zaczął krzyczeć, jego jęki naprowadziły na cel potwora.  
– Nie wiem! – i głośniej. Odległość przestała tłumić krzyk, ale ten wciąż brzmiał jak zza mgły  
 – Zabij! Zabij! Proszę! – słowa ukazywały najstraszniejsze cierpienie.
– Nie wiesz? Twoja strata… – męski głos miał nienaturalny rozgłos. Mgła opadła, ukazując żylaste, wysokie ciało kradnące kolory z otoczenia jak kameleon, stojące nad ciałem rozbebeszonego kapitana Nixona. Jego wybałuszone oczy odwracały uwagę od miejsca gdzie powinien być nos. Połowa twarzy oprócz ran ciętych była poparzona, wręcz wypalona. Kapitan stracił także oko. Eteryczne ciało człowieka – potwora poruszyło się pod gradem moich wystrzałów. Ogarnął mnie gniew, chciałem go tylko zabić! Ręka, która wyłuskała oko kapitana, powiększyła ostre pazury. Kapitan poruszał się spazmatycznie, próbując nabrać powietrza, ale potwór skupił się na mnie, rozcinając mu krtań i odbierając ostatnie tchnienie. Ruszył w moją stronę, ale zrobiłem unik. Za plecami potwora ponownie otworzono ogień, a ja celując w niego nabrałem otuchy, że nie jestem sam.
Postać jedynie się uśmiechnęła. Wśród nadchodzących cieni pojawiały się gęste, krwawe mgły, które po opadnięciu odsłaniały martwe ciała. Budynek zawalił się wprost na nas, zapewne za sprawą potwora.
Odbiegłem w bok, by umknąć lawinie gruzów, po drodze, o zgrozo, trącając czyjąś ściętą rękę.
Tymczasem on skupił się na kolejnej ofierze. Pięć długich szponów rozcapierzonej dłoni, powolnie wbiło się w nos, wydłubało oczy i rozpoczęło miażdżenie mózgu. W natychmiastowej reakcji na drastyczny obraz wycelowałem w niego i ciąłem pociskami jego plecy. Agonia żołnierza i ryk potwora zatętnił mi w uszach. 
Zareagował od razu. Porzucił ofiarę i zaczął się miotać, bijąc rozwścieczony ogonem i zabójczymi nićmi na wszystkie strony. Coś ugodziło mnie w pierś. Próbowało zmiażdżyć żebra i płuca pchając do tyłu a ja powolnie dławiąc się, traciłem kontakt z rzeczywistością. Podniesione głosy walczących wciąż trwały a ja zasnąłem, słysząc ten spokojny głos, który upewniał mnie, że jest ze mną. Spojrzałem ostatni raz na swój nieśmiertelnik „Seth Walker”. Niech go oddadzą, niech o mnie pamięta.



11 komentarzy:

  1. No ten tego. Dzień dobry czy coś...
    Przybyłam skomentować, (czytałam wczoraj ale mi się nie chciało)
    Jest dużo lepiej z błędami choć czepne się: brak przecinków przed "a", nie stawia się ich przed "ale" chyba, że się ono powtarza, kilka dziwnie użytych określeń i jeśli facet ma na imię Axe to odmiana będzie Axe'a, nie Ax'a ( tak uczyli w szkole i tak mówi google)
    Plusy:
    - Rozdział był długi ale nie czytało mi się go płynnie i lekko raczej ciężko szło (pół na pół z tym plusem)
    - Dobre opisy miejsc i sytuacji.
    - Rozwijanie fabuły.
    Minusy:
    - Brak Jack'a ( why? )
    Teraz ogólnej.
    Dzieje się dużo, wprowadzasz nowe postacie ( średnio je ogarniam ale mniejsza) Pomarszczona pani (wię Iv) jest chyba ok, choć przemówę miała dziwną. Ren to Ren jest pojebany, mylę go z Dedalem ale teraz patrzę na niego inaczej. Miał chujową sytuację rodzinną, więc jego popieprzrnie jest trochę uzasadnione, chociaż brata ma udanego, heheszki.
    I jego nazwisko Creed mnie boli, ja świeżo po opłakiwaniu śmierci mej nowej miłości- Greeda widzę nazwisko brzmiące i wygladajace podobnie, wróciłam płakać. No i jeszcze jego ojciec, nie ładnie poczynił.
    Po jego wyjściu nie wiem czyja narracja i co to za ludzie. Pojawili się Linx huhu, interesująco.
    Kolejny fragment, spoko. Fajny starszy pan ( fajni staruszkowie są fajni, lubiem)
    Anon kontempletujacy malownicze tereny okoliczne, trochę rozjaśnia sytuację.
    Macki he he, tentakle hehe.
    Obie nowe postacie nie żyją, heh zajebistość "Jestem Bogiem, zabije Cię, bo mogę" ( ~le inwencja własna)
    Ładny opis zwłok, zwłoki są spoko.
    Cały czas bałam się, że to będzie moje dziecko. Ułożyło mi jak się okazało, że nie.
    No cóż nie mam nic więcej do powiedzenia.
    A jeszcze fajne obrazki.
    Ogółem to no mogę powiedzieć, że mi się podobało. Pisz dalej, chce intrygi.
    Weny i wgl życzę~

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym "a" to dostałam dezorientacji gramatycznej, więc pewnie dlatego. No a z Axe'em to błoga nieświadomość :)
      No kurde nikt nie lubi Rena, ale są ku temu powody.Sama mam z nim mieszane uczucia. Narracja po jego wyjściu to Clare bodajże z 2 rozdziału, gdy Jack wyszedł od Rena.
      Jeśli ci chodzi o Greeda z FMA to również go opłakiwałam.
      Tentakle dzizys xD Twoje dziecko hmhmh ahh not spoil. Powstrzymuje się, ale widać, że idzie po mojej myśli z reakcjami ludzi, choć reakcja na brak Jacka była drastyczna nie tylko u ciebie xD
      No pomysł już jest na next'a. Cieszę, że się podobało, dzięki Quentiniero.

      Usuń
  2. Powiem tak. Czyta się to naprawdę ciężko. Twój styl jest... Duszący. Nie wciągnęło mnie to. Mam wrażenie, że Ty to piszesz tak... Monotonnie, bez emocji... Naprawdę ciężko jest...

    OdpowiedzUsuń
  3. Oto komentuję; przedstawię najpierw mój, jakże ważny punkt widzenia. Specjalnie odświeżyłem sobie całość historii(sic!), swoją drogą zombiaki i plotki o nowej katastrofie jądrowej na Ukrainie zachwiały mnie w postanowieniu wieczornego biegania xD Więc tak, wiadomo, że daleko do doskonałości, widzę powyższe krytyczne głosy, ale jeśli się porówna z tym co było wcześniej, to rewelacja! Nawet patrząc na poprzedni. Jak tak dalej pójdzie i oczywiście będziesz się rozwijać, to z tego przedsięwzięcia wyjdzie coś naprawdę porządnego :) Na koniec rzecz osobista, ale chyba dla Ciebie najbardziej ważna-mogę szczerze powiedzieć, że wreszcie jestem ciekaw rozwoju akcji i wyjaśnienia kilku spraw. Do zobaczenia w piątek! ;p

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekam z niecierpliwością na dalsze losy DZEKUSIAAAA :)
    Twoja wierna fanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ouć my eyes blinding. Proszę anon nie pisz Dzekuś on by Cię rozstrzelał .
      Z poważaniem inny Anon.

      Usuń
  5. W ciągu 1 dnia przeczytałem całość a nie czsto mi się to udaje :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kiedy kolejna część ????????
    Oby szybko

    OdpowiedzUsuń